Uwielbienie czy już uzależnienie?

Uwielbienie czy już uzależnienie?

„Ludzie szukają czegoś ekscytującego, gdy ich codzienne życie grzęźnie w rutynie. Współczesna kultura bombarduje nas dodatkowo pustymi sloganami, które powodują, że rozpaczliwie pragniemy przeżyć coś autentycznego.“*

 

Czy można uzależnić się od czekolady? Od uczucia radości? A od Internetu? Patrząc teraz na tą mleczną tabliczkę słodkości leżącą przede mną i czując niepohamowaną chęć zatopienia w niej zębów, zaczynam zastanawiać się czy wszystko ze mną w porządku. Czy powinnam iść na czekoladowy odwyk? Chyba nie, to nawet brzmi głupio.

Uzależnienie od alkoholu, papierosów czy narkotyków łatwiej zdefiniować, łatwiej rozpoznać. Bo wtedy nasz organizm niezaprzeczalnie łaknie danej substancji i jest to potrzeba w dużej mierze fizyczna. Niezbędny jest odwyk i wiele miesięcy czy lat starań, by nie wrócić do dawnego nałogu. Przyjemność czerpana ze zjedzenia tej czekolady jest oczywiście mniejsza od ulgi jaką czuje narkoman po wstrzyknięciu sobie do żyły trującej substancji. Czy można porównywać oba uzależnienia? A jak sprawa wygląda z innymi „ciągotami”? Czy je też można określić mianem uzależnienia? Na początek przyjrzyjmy się adrenalinie.


„- Czuję, że żyję – Krew krąży szybciej, a napięcie powoduje, że rozsadza mnie energia. Wybucha w mojej głowie supernowa. Zaczynam inaczej postrzegać świat. Strach podchodzi do gardła i lubię go odrzucać od siebie, kiedy już podejmuję decyzję…“* – tak oto subiektywnie i poetycko zostało scharakteryzowane uczucie euforii podczas wydzielania przez organizm adrenaliny. Wszyscy wiemy o co chodzi. Mamy z nią do czynienia w zwykłych codziennych czynnościach. Czasem wystarczy szybkie spojrzenie na zegarek i przekonanie, że jest naprawdę późno, by serce przyśpieszyło swój rytm i ciało i umysł zaczęły pracować w szybszym tempie. Lecz nie takiej adrenaliny pragną ludzie w dzisiejszych czasach.

Bo życie po latach dla wielu staje się gnuśną rutyną, rytm praca – dom – praca – dom coraz bardziej przybija. Wobec to pragnienie przeżycia czegoś autentycznego, poczucia dreszczu emocji wzrasta na sile. Naprzeciw tym wymaganiom wychodzą biura turystyczne z coraz egzotyczniejszymi ofertami. Zwiedzanie tajskiego więzienia, wspinanie się po mostach, odwiedzanie miejsc nawiedzonych przez katastrofy, śledzenie ekstremalnych zjawisk pogodowych (będąc w ich pobliżu), wycieczka do strefy działań wojennych, swobodne pływanie w towarzystwie rekinów czy wyjazdy do dżungli w Laosie, Taman i Negara w Malezji, to tylko niektóre z propozycji jakie oferują nowoczesne biura podróży.

Dawne formy spędzania wolnego czasu zbrzydły naszemu pokoleniu ludzi znudzonych. Ta ogromna popularność sportów ekstremalnych bierze się głównie z tego, że nie są one zarezerwowane tylko dla profesjonalistów, w tych konkurencjach nie liczy się tylko walka o czołowe miejsca, ważne jest już samo uczestnictwo. Miłośnicy niebezpiecznych dyscyplin chcą odreagować i zaimponować. Często są to młodzi, zapracowani ludzie, lubujący się w nowych wyzwaniach. Pracują w szalonym tempie i w takim samym tempie chcą wypoczywać. Uwielbiają oszukiwać swój pierwotny strach, walczyć z własnymi uprzedzeniami i słabościami. Bo zazwyczaj sporty ekstremalne budzą wrodzony, instynktowny lęk, odpowiedzialny za ratowanie życia w niebezpiecznych sytuacjach.

Amatorzy sportów ekstremalnych oszukują go, co niewątpliwie ma też swoje dobre strony. Można w ten sposób nauczyć się opanowywać lęk i kontrolować go. Umiejętność ta często przydaje się później w codziennym życiu. Jednak od adrenaliny także można się uzależnić. Gdy pomimo ponoszonych z tytułu dostarczania sobie adrenaliny kłopotów, dana osoba nie rezygnuje z niej (zdając sobie sprawę, że to co robi przynosi coraz więcej szkód w jej życiu) i wciąż nie przestaje, oznacza to już uzależnienie. Innym, równie często pojawiającym się niebezpieczeństwem związanym z nałogowym uprawianiem sportów ekstremalnych jest to, że w codziennym życiu też może pojawić się potrzeba ekstremalnych doznań i będzie ona realizowana np. w kontaktach z ludźmi. Może to w dużej mierze utrudniać społeczne kontakty, prowadzić do napięć i nieporozumień.


Idąc dalej tropem uzależnienia od odczuwania – czy można się uzależnić od emocji? Od miłości, pragnienia spełnienia fizycznego czy duchowego, radości, tęsknoty, smutku? Teoretycznie tak. Wtedy określa się to jako zaburzenia osobowości, nimfomanię, depresję itd. Kiedy jednak można uznać kobietę uwielbiającą wzruszać się przy komediach romantycznych, harlequinach czy miłosnych balladach jako uzależnioną od tego typu emocji? A może to po prostu wynik jej samotności? Kiedy uznać, że nowa pasja dziecka polegająca na zbieraniu robaków z podwórka stała się jego nałogiem? Kto wie czy nie rośnie przyszły znany przyrodnik, a zakaz interesowania się tymi robakami może zabić jego pasję.

Kiedyś byłam świadkiem takiej oto sytuacji: idąc przez park zauważyłam siedzącą na ziemi małą dziewczynkę. W ręce trzymała pluszowego misia i płakała. Była sama. Podeszłam do niej i spytałam czemu płacze i gdzie jest jej mama. Zanim mała zdążyła coś odpowiedzieć przybiegła rozgniewana kobieta krzycząca, że „ jak jeszcze raz mi uciekniesz to pożałujesz”. Zadałam więc to pytanie matce, spodziewając się odpowiedzi w stylu – proszę się nie wtrącać, lecz kobiet zaskoczyła mnie mówiąc: „Ala płacze i ucieka, bo zabrałam jej te lalki Barbie. Za dużo się nimi bawi, tak nie może być. Teraz ma misia.“ Patrząc w bezgranicznie smutne oczy małej nie mogłam zrozumieć co jest takiego złego, że dziecko upodobało sobie daną zabawkę? Czy to nie jest już jakaś paranoja?

Wbrew pozorom studiując psychologię nauczyłam się, że nie można wszystkich zachowań odbiegających od norm przyjętych przez dane społeczeństwo opakowywać w psychologiczną terminologię i określać swoistą jednostką chorobową. Bo jeśli patrzeć w ten sposób, to każdy z nas ma jakąś obsesje, jest uzależniony i powinien leczyć się na kilka sposobów. Tak więc można dojść do prostego wniosku, że nałóg nałogowi nierówny. Czy ktoś zginął od brzydko poobgryzanych paznokci? Czy rozpadła się jakaś rodzina z powodu nadmiernej miłości ojca do coca-coli? Nie. Tak więc nie można wrzucać wszystkich uzależnień do jednego worka. Nie stresujmy się naszym uwielbieniem czegoś, jeśli jest to w granicach normy :)

*Źródło: Internet

2 komentarzy

Dodaj →

  1. Moja córka będąc małą dziewczynką miała mnóstwo lalek,którymi prawie w ogóle się nie bawiła.Lalki Barbie brała do ręki wtedy kiedy widziała,że inna koleżanka się lalką bawi.Z kolei uwielbiała bawić się samochodzikami typu resoraki.Przyglądałam się wtedy z nutką niepewności co będzie w przyszłości kiedy dorośnie???????????A ręce mi opadły kiedy później zamiast bawić się z koleżankami ona wolała z kolegami grać w piłkę.Grała prawie do pełnoletności. Drobna,niewysoka dziewczyna stała na bramce.Ten obraz pozostał mi w pamięci. Dzisiaj jest stu procentową kobietą.Morał z tego taki. Pozwólmy naszym dzieciom aby do końca były sobą .Nie ustawiajmy je w/g naszej wyobraźni naszego widzimisię. Na pewno wychowując masę błędów się popełnia ale dziecko to nie marionetka to człowiek, który też ma prawo do bycia sobą.

  2. Piszę ten komentarz aby sobie jeszcze raz i innym uzmysłowić, że ja wcale potulna nie byłam i nie jestem. Sama nie wiem dlaczego ale przed oczami mam obraz z lat młodości jak to jako nastolatka pokątnie próbowałam uczyć się palić papierosy. Do dzisiaj pamiętam słowa tatusia (tak się do niego zwracałam i zwracam) Chcecie się truć to się trujcie ale nie za moje ciężko zarobione pieniądze. Poza tym często powtarzał za George Bernard Shaw cytuję „Papieros to śmierdzące ziele z ogniem po jednej z głupcem po drugiej stronie”. Dzisiaj jestem mu wdzięczna za to,że nie jestem niewolnikiem tego „pachnącego” nałogu a jego słowa nie poszły w las,że ten mały papieros nie rządzi mną, ale ja nim. Czekoladę jadam sporadycznie choć kiedyś bywało różnie. W każdym razie bez niej potrafię się obejść.Z żadnym nałogiem nie chciałabym żyć w przyjaźni. Ani teraz ani nigdy. Pozdrawiam

Dodaj komentarz